Bruksela, Warszawa, retorsje

Miałem ostatnio okazję rozmawiać z europarlamentarzystami Zielonych, którzy zastanawiają się nad swoją rolą w nadchodzącym szczycie klimatycznym. COP19 odbędzie się 11 listopada w Warszawie.

Jest to moment bardzo atrakcyjny wizualnie – jeśli schemat z ubiegłych lat się powtórzy (a dlaczego nie miałby się powtórzyć) uczestnicy konferencji (na COP zjadą politycy z całego świata) będą mogli obejrzeć prawicową młodzież demolującą z okazji Święta Niepodległości stolicę. Zastanawiam się przy okazji, jaki szatan podpowiedział ten właśnie termin organizatorom. Czy my przypadkiem nie próbujemy nastraszyć wszystkich tych specjalistów od backloadingu, ETSu i innych narzędzi, którymi podobno torturowana jest polska gospodarka? Czy nie próbujemy wysłać im sygnału: „uważajcie, bo, prawda, my nie będziemy się bić na pięści, garnitur zobowiązuje, ale tu za oknem są chłopaki gotowe zginąć za polski węgiel, dlatego lepiej wracajcie do hotelu taksówką”.

Jak na razie co innego niż realna możliwość płynnego połączenia konferencji z uliczną awanturą spędza Zielonym sen z powiek. Otóż do COP19 pozostało jeszcze pięć miesięcy, ale już teraz można obstawiać u bukmacherów, że spotkanie na Stadionie Narodowym nie przyniesie konkretnych efektów ani politycznej zgody co do kierunku światowej polityki klimatycznej. Na porozumieniu nie zależy bowiem ani organizatorowi, czyli Polsce, ani najważniejszym graczom spoza Europy, takim jak Indie czy Chiny. Od kilku lat kolejne konferencje klimatyczne są przede wszystkim sztuką politycznej retardacji, unikania rozstrzygnięć i zdecydowanych działań. W mętnej wodzie radzi sobie nieźle wiele krajów, w tym, póki co, Polska. Oto zasada światowej dyplomacji związanej z ochroną środowiska: rozmawiajmy, ale tak, żeby efektem rozmów była zapowiedź… kolejnej tury rozmów.

Zieloni zdają sobie dobrze z tego paradoksu sprawę, podobnie jak z niechęci społeczeństwa polskiego do polityki klimatycznej i powszechnego tutaj przekonania, że wyżej węgla nie podskoczymy, a marzeniem Unii Europejskiej jest zdławienie naszej gospodarki. Jednocześnie dają wyraz irytacji i rosnącemu rozżaleniu. Dla rządu polskiego polityka klimatyczna jest pomyłką i zagrożeniem, które trzeba omijać szerokim łukiem, unikając na przykład wdrażania unijnych dyrektyw. Dla Zielonych postawa polskiego rządu jest rozczarowaniem, ponieważ Polska dostała od Unii bardzo duże wsparcie, które miało zostać spożytkowane na zazielenianie polskiej gospodarki. Tymczasem nad Wisłą od kilku lat trwają intensywne próby przeznaczenia wsparcia na utrwalenie roli gospodarki węglowej. Chcemy mieć ciastko i zjeść ciastko.

Obie strony mają, jak zwykle, swoje racje. Zieloni przyjadą w listopadzie do Warszawy, pewnie trochę porozmawiają, poobserwują, zapytają pewnie, dlaczego tak wrażliwi jesteśmy na punkcie gazu z Rosji, a znacznie mniej przeszkadza nam import rosyjskiego węgla czy oleju napędowego, dlaczego boimy się mikroinstalacji i docieplania budynków. Po czym wrócą do Brukseli.

Na tym jednak nie koniec: zakładam, że po wyborach 2014 frakcja Zielonych w Europarlamencie będzie nadal istnieć. Gdy kurz wyborczy opadnie, przyjdzie czas, by irytację i żal przekuć w retorsję. W jaki sposób? Dowodów na niewywiązywanie się Polski z klimatycznych umów jest aż nadto, dlatego odpowiedź zdaje się oczywista: Unia nie tylko potrafi dawać pieniądze, ale również dosyć skutecznie je odbierać. Czyni to bardzo niechętnie, ale też, powiedzmy sobie szczerze, od dobrych kilku lat prosimy ją uparcie, by sięgnęła wreszcie po broń grubszego kalibru.

mol

5 myśli nt. „Bruksela, Warszawa, retorsje

  1. ~współlokator:)

    Drogi Michale, wszystko to racja co piszesz poza jednym, stolicę nie demolowała prawicowa młodzież tylko raczej lewicowa, i nie tylko młodzież, przy udziale Krytyki Politycznej, i ich przyjaciół na gościnnych występach zza Odry, czy różnych przebierańców ze służb których tyle się namnożyło żeby nam „żyło się lepiej”
    Tak więc w listopadzie zieloni bardziej powinni bać się czerwonych niż rodzin lub grup rekonstrukcji historycznej z pochodu. Choć ostatnio odnoszę wrażenie że ci zieloni też coraz bardziej czerwoni (czytaj: żyjący na koszt innych, czyli podatników) swój swojego może nie pogryzie:)
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Michał Olszewski

      Współlokatorze drogi (który?),
      jako bezpośredni obserwator zdarzeń powtórzę po raz tysięczny: próba budowania symetrii pomiędzy tym, co robili w 2012 i 2011 roku narodowcy, a tym, co robili „czerwoni”, „KP” czy antyfaszyści z Berlina, jest FAŁSZYWA. Nie było żadnej symetrii.
      Serdecznie pozdrawiam.
      mol

      Odpowiedz
  2. ~mwb

    Proszę wybrać się w wakacje na Pomorze Zachodnie, zobaczy Pan krajobraz pełen wiatraków. A czy Pan wie, że już prawie co dziesiąty wiatrak stawiany w Europie wyprodukowano w Polsce? Proszę sprawdzić jaka jest moc zainstalowana farm wiatrowych na terenach Polski.
    Ponadto ciężko się inwestuje w wytwarzanie energii w czasach kryzysowych i nadmiaru mocy wytwarzania (a tak teraz jest)

    Odpowiedz
  3. Michał Olszewski

    Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że ochota do inwestowania jest, i to całkiem spora, tylko ramek prawnych brakuje. Nadmiar mocy wytwórczych? To ciekawe, bo przecież zewsząd słychać narzekanie, że ich brakuje.
    Pozdrawiam.
    mol

    Odpowiedz
  4. ~Gwol Patryk

    Wydaję mi się, że głównym problemem w inwestycjach są kruczki prawne, których jest nadmiar lub inne nie wygodne przeszkody. Swoją drogą popieram inwestycje w tym kierunku. OZE ! Promować trzeba naszą dobra bliską znajomą — klarę. 😉

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *