Archiwa autora: Michał Olszewski

Wajcha klimatyczna

Czy Donald Tusk jako przewodniczący Rady Europejskiej będzie reprezentował polskie interesy? Taką nadzieję mają politycy PiS, którzy już przygotowali listę życzeń, czy raczej żądań. Przewodniczący Tusk ma zadbać m.in. o to, by nasi rolnicy dostawali większe dopłaty, a cena gazu spadła. Prezes Jarosław Kaczyński wzywa również do wywrócenia paktu klimatycznego, który podobno „ogranicza szanse rozwojowe”.

W odpowiedzi na tak sformułowane żądania podniósł się chór głosów wskazujących, że przewodniczący Tusk nie może prezentować interesu narodowego – jego zadanie polega na godzeniu zwaśnionych stron, ustalaniu kierunku politycznego, reprezentowaniu UE na zewnątrz. Próba ustawiania polityki pod dyktando Polski może zakończyć się, jak to napisał Witold Gadomski „gigantyczną kompromitacją”.

Tyle że Gadomski używa znamiennego przysłówka „jawnie”. Tusk nie może reprezentować Polski jawnie. A przecież prawdziwa polityka, wstyd pisać takie banały, nie toczy się wyłącznie przed oczyma kamer. Toczy się również (a może przede wszystkim) w zaułkach brukselskich gmachów. Również po godzinach. Również na bezliku rautów, po których pozostają okruchy na wykładzinach i poplamione winem obrusy. Zakładam, że podczas tego typu spotkań przewodniczący nie będzie stał w kącie. A jeśli komisarzem ds. energii zostanie wicepremier Bieńkowska (oczywiście ona też nie może jawnie reprezentować itd.), polska polityka otrzyma niepowtarzalną okazję do zbudowania bardzo mocnej grupy wpływu.

Obawiam się tego wpływu na politykę klimatyczną. Agenda, z jaką pojadą do Brukseli polscy politycy jest bowiem oczywista, a jej fundamenty premier Tusk opisał w kwietniowym tekście programowym dla „Financial Times”. Przypomnę, że jednym z głównych postulatów jest rehabilitacja europejskiego węgla jako źródła energii. W grudniu ubiegłego roku wicepremier Bieńkowska obiecała polskim górnikom „obronę dobrego imienia polskiego węgla”, co, zważywszy na sytuację polskich kopalń, wydaje się zadaniem karkołomnym. Niechęć Donalda Tuska, Jarosława Kaczyńskiego i całej miłościwie nam panującej klasy politycznej do odnawialnych źródeł energii jest wręcz przysłowiowa: konsekwencje uporczywego i systemowego utrudniania prosumentom dostępu do sieci możemy zobaczyć już tej zimy. Według informacji URE, tylko w latach 2011-2012 operatorzy systemów dystrybucyjnych odmówili przyłączenia do sieci źródeł OZE o łącznej mocy 5,6 GW. To tyle ile wynosi moc 9 dużych bloków energetycznych. 64 proc. węgla i 90 proc. ropy importowanych do Polski pochodzi ze wschodu. Mimo to, rozmowa o zmianie fatalnego bilansu kocentruje się wyłącznie na rehabilitacji polskiego węgla. Węgiel jest bowiem nasz, a wiatr i słońce są obce.

Czołowe stanowisko w Brukseli obejmuje więc przedstawiciel tej grupy unijnych polityków, która pakt klimatyczny najchętniej zmięłaby w kulkę i rzuciła do pieca. Jeśli do Brukseli pojedzie również Elżbieta Bieńkowska, można oczekiwać, że klimatyczna wajcha pójdzie w ruch.

Nie oficjalnie, nie jawnie. Po godzinach, przy winie. To znacznie skuteczniejsze.

Ręce precz od ruskiego węgla!

Ex oriente lux. Afera taśmowa przybrała chyba nieoczekiwany dla autorów nagrań obrót: i mało parlamentarny język, i menu (jak się jada poliki wołowe, to nic dziwnego, że język brutalnieje) i wysokość napiwków nawet zeszły na dalszy plan. Na pierwszy plan wysuwa się ruski węgiel. Jeśli jest bowiem rzeczywiście, jak pisze „Gazeta Wyborcza”, afera taśmowa jest odpowiedzią na próby ograniczenia przez polski rząd importu węgla ze wschodu, to nie o kelnerów i BOR-owców toczy się gra. Jeśli („jeśli” jest tu ważnym słówkiem) biznesmeni od węgla próbowali zdyskredytować Sienkiewicza, to warszawskie restauracje można uznać za przyczółki wojny ekonomicznej.

Spróbujmy zrekonstruować jej przebieg: w maju premier Tusk obiecał, że ani jedna polska kopalnia nie zostanie zamknięta. Wcześniej daleko idące deklaracje złożyli w Mysłowicach premierzy Bieńkowska i Piechociński. Stawką są nie tylko głosy wyborców Śląska i Zagłębia, ale też spokój społeczny: jakakolwiek próba naruszenia interesów górników kończy się zadymą w Warszawie i ostrym sporem politycznym. Polskie spółki węglowe (wyjąwszy „Bogdankę”) borykają się z potężnymi kłopotami finansowymi: nasz węgiel jest zbyt drogi (przykopalniane hałdy niesprzedanego surowca są najlepszym tego dowodem), koszty wydobycia nie maleją, import rośnie (40 proc. sprowadzanego węgla pochodzi właśnie z Rosji), na dodatek za górnictwem ciągnie się potężny ogon wydatków socjalnych, które ponoszą podatnicy:

http://www.rp.pl/artykul/1099824.html?print=tak&p=0

Jaka jest reakcja Donalda Tuska? Premier każe przypatrzyć się firmie „Skład Węgla” importującej surowiec z Rosji. Niedługo przed aferą taśmową CBŚ zatrzymuje 11 osób z kierownictwa spółki. Jeśli, jak chcą prokuratorzy, prali brudne pieniądze i wyłudzali VAT, trzeba działaniom służb przyklasnąć. Zastanawiające jednak, że jednocześnie pojawia się stugębna plotka, głosząca, że niska cena ruskiego węgla wynika z jego marnej jakości (pisze o niej m.in. „GW”). I tu powinno się nam zapalić w głowach czerwone światełko: czy ktoś tę jakość profesjonalnie badał? Czy aby na pewno polskie miały, koksy, szlamy i eko groszki mają wysoką jakość? Zależność pomiędzy jakością i ceną nie jest oczywista: cenę polskiego węgla windują w górę m.in. wysokie koszty wydobycia, cenę rosyjskiego obniżają dobre warunki geologiczne. Czy nasz drogi węgiel jest dobry, bo nasz, a ruski jest podejrzany, bo tani i ruski?

Jeśli walka toczy się o jakość, istnieje stosunkowo prosty sposób, dzięki któremu można ochronić polski surowiec. Od 2004 roku nie obowiązują normy jakości spalanego węgla. Gdyby je ponownie wprowadzić, wycinając tym samym z rynku najmarniejsze sorty węglowe, jakość powietrza w polskich miastach mogłaby się odrobinę poprawić. Polskie spółki węglowe powinny zachęcać do takiego rozwiązania, bo przecież jakość naszego węgla, jako się rzekło, jest wyjątkowa. Zakładam, że odpowiednia regulacja przeszłaby przez rząd i parlament w trybie ekspresowym. Z jakichś jednak przyczyn spółki węglowe do niej nie zachęcają. Czego się boją?

Jeśli ratunkiem dla polskich kopalń ma być wycięcie tańszej konkurencji, oznacza to, że politycy nie zamierzają podjąć w najbliższym czasie żadnych niepopularnych choć koniecznych kroków. Jedyne co zrobią, to uwolnią miejsce na rynku dla drogiego polskiego surowca.

Ciekawe, jak przyjmą takie rozwiązanie polscy konsumenci. Taśmy o tym milczą.

mol

http://www.rp.pl/artykul/1099824.html?print=tak&p=0

Hołowczyc oskarża drzewo

Nieśmiertelny lokaj Smierdiakow powiadał: „Z mądrym człowiekiem to i pogadać ciekawie”. Otóż to. Wsłuchuję się pilnie to, co ma od kilku dni do powiedzenia Krzysztof Hołowczyc. Po tragedii pod Chełmnem, gdzie wyładowany młodymi ludźmi samochód rąbnął w drzewo, znakomity ów kierowca uznał, że oto otrzymaliśmy ostateczny dowód na winę drzew przydrożnych. Nie jest ważne, że w tak zwanej megance podróżowało 9, powtórzę, 9 osób. Że auto rozbiło się na odcinku, który według policjantów nie należał do trudnych. Ważne, że stało tam drzewo.

Krzysztof Hołowczyc pochodzi z województwa warmińsko–mazurskiego, w którym przydrożne drzewa rąbie się od lat na potęgę, uznając je za największe przekleństwo ludzi cywilizowanych, czytaj, zmotoryzowanych. Nie ma innego województwa, w którym aleje przydrożne byłyby traktowane z równie dużą zaciekłością. Tylko minionej zimy wycięto 3 tysiące, w ostatniej dekadzie było to kilkadziesiąt tysięcy. Tak się składa, że są to również moje strony rodzinne. Kręte, wąskie i rzeczywiście niebezpieczne drogi Warmii i Mazur znam dobrze. O przyczynach wypadków również cokolwiek mógłbym powiedzieć, a nieśmiertelne wyrażenie „nadmierna brawura” byłoby tu bardzo przydatne. Szczególnie utkwił mi w pamięci pewien incydent z okolic rodzinnych, kiedy to trójka pijanych do nieprzytomności chłopaków wbiła się maluchem w drzewo rosnące na łuku drogi, jeden zginął, drugi cudem wywinął się śmierci, kierowca do końca życia będzie żył ze świadomością, że posłał swego rodzonego brata na tamten świat . Okoliczna społeczność, podobnie jak europoseł Hołowczyc, również uznała, że zawiniło drzewo.

Zamiast jednak serwować krwawe wspomnienia postanowiłem sięgnąć do źródeł i przeczytałem raporty warmińsko–mazurskiej drogówki z ostatnich lat.

Co się okazuje? Do śmierci nie potrzeba łuków, oblodzenia, deszczu. Do statystycznego wypadku w województwie warmińsko mazurski dochodzi na prostej drodze, przy dobrej pogodzie, w środku dnia, w jednym z letnich miesięcy. „Powodem zwiększonej liczby zdarzeń może być nadmierna prędkość lub niedostosowanie prędkości jazdy do panujących w danym okresie warunków drogowych i atmosferycznych” – informuje ostatni dostępny raport.

Co ciekawe, mimo że drzew przydrożnych jest coraz mniej, od 2010 r. liczba zabitych w tego rodzaju wypadkach pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie (ok. 50 osób rocznie).

Fakty zdają się oczywiste: praprzyczyną większości wypadków w rodzinnych stronach „Hołka” (w innych częściach kraju, zakładam, jest podobnie) nie są drzewa, tylko głupota i pośpiech. Wydaje się logiczne, że na wąskiej i niebezpiecznej drodze lepiej zwolnić, zamiast dociskać pedał, klnąc na fatalne warunki jazdy.

Krzysztofowi Hołowczycowi proponuję, żeby zamiast akcji „wytnij drzewo”, której jest twarzą, firmował akcję „Zwolnij! Życie jest kruche”. Ale tak się pewnie nie stanie. Łatwiej wymierzyć oskarżycielski palec w drzewo, które, jak wiadomo, bronić się nie może, niż powiedzieć obywatelom trudną prawdę w oczy.

mol

Przyjdzie Biernat i wyrówna

Nie ma to jak mocne uderzenie na początek ministerialnej kariery. Andrzej Biernat, nowy minister sportu, nagrodzony teką za lojalność w trudnych dla Platformy momentach, spotkał się w Wierchomli z branżą narciarską i złożył daleko idące obietnice. Staje się dobrą choć niebezpieczną tradycją tego rządu, że gdzie nie wyruszą jego posłańcy, tam składają deklaracje. Wychwalana pod niebiosa minister Bieńkowska i mniej wychwalany minister Piechociński zapewnili na przykład ostatnio w Mysłowicach górników o „solidarnej obronie dobrego imienia węgla przez cały rząd”. Szkoda, że nie zapytali, dlaczego na hałdach, mimo sezonu zimowego, piętrzą się miliony ton niesprzedanego węgla i dlaczego ten węgiel jest niemal dwa razy droższy niż zagraniczny. Rząd chce najwyraźniej bronić tego, co nieopłacalne, zbyt drogie i co w konsekwencji obciąża rachunki nas wszystkich.

Podobną ścieżką podąża minister Biernat, który w Wierchomli zaproponował, by na Kasprowym zbudować sztuczny zbiornik do naśnieżania. Zapowiedział również zmiany w prawie, które mają ułatwić rozwój rzekomo poszkodowanej w Polsce branży narciarskiej:

http://bit.ly/1kC6qgf

Pierwszy pomysł należy włożyć między bajki z mchu i paproci. Jako żywo przypomina on scenę z filmu Barei „Poszukiwany, poszukiwana”, kiedy to dyrektor (ech, panie Dobrowolski, brakuje nam pana) nanosi poprawki  na makiecie osiedla. Bierze po prostu jezioro w palce i rzuca byle gdzie, żeby zrobić miejsce dla punktowca spółdzielczego. Podobnie min. Biernat. Za mało śniegu na Kasprowym? Słowacy zamiast zalesiać góry, rozwijają infrastrukturę? Dla wizjonera nie ma przeszkód. Bierze w palce zbiornik i kładzie go na Myślenickich Turniach. Hop, zrobione. Że bez sensu pomysł? Że Kasprowy mekką alpejską nigdy nie będzie? Nieważne. Ważne, by złożyć obietnice.

Znacznie bardziej niepokoi obietnica druga. Utarło się w Polsce, że branża narciarska nie ma tu możliwości rozwoju, że ekolodzy i urzędnicy gdzie tylko mogą, rzucają jej kłody pod nogi, utarło się, że gdyby nie wraże siły, południe Polski już dawno było potęgą alpejską, przy której Austria czy Szwajcaria mogłyby tylko cienko piszczeć. Informacja o ułatwieniach prawnych to nic innego jak ukłon w stronę tych, którzy chcieliby wchodzić w polskie góry jak w masło, przekonując, że żabki czy nietoperze muszą ustąpić ludziom. Branża jęczy, branża się skarży, branża ma poczucie, że zdycha śmiercią męczeńską, branża ma swoich wpływowych rzeczników (vide: pamiętna i mało merytoryczna filipika Kamila Durczoka w sprawie Beskidu Śląskiego). Jednocześnie branża nie wspomina, że tylko w tym sezonie otworzy od 7 do 9 nowych kolejek krzesełkowych, że wartość tegorocznych inwestycji przebiła inwestycje słowackie. Mało, mało, krzyczą. Zawsze za mało. Dzwonią do ministra Biernata, minister przyjeżdża, głową kiwa, zgadza się, mówi, macie rację, koledzy, mało. Obietnice składa.

Bierze w palce jezioro, za cywilizowanie gór się zabiera. Zachwycona branża klaszcze, wiedząc dobrze, że z raz złożonych obietnic politykom wycofać się jest bardzo trudno.

mol

Tomasz Terlikowski patrzy na orkan

Bardzo interesująco (zarówno dla niewierzących jak i wierzących) napisał o orkanie pustoszącym Polskę Tomasz Terlikowski. Taka katastrofa na początek Adwentu to dla publicysty znak dany nam od Boga, znak nawołujący do nawrócenia i życia w ciągłym oczekiwaniu na śmierć. Od siebie dodałbym zapomniany nieco termin „bojaźń boża”. Niewątpliwie ekstrema pogodowe mogą ją budzić:

http://tiny.pl/qwqgf

Wydaje mi się jednak, że czegoś w tym tekście brakuje. Ani słowa o tym, co postawieni przed naprawdę potężnymi zjawiskami atmosferycznymi wierzący powinni robić. Modlić się? Chodzić do spowiedzi, myśleć o kruchości żywota, żyć tak, jakby życie mogło skończyć się lada chwila? To, co niewierzący interpretują po prostu jako świadectwo niszczących możliwości sił przyrody, interpretować jako głos Pana, ukryty w wyciu wichru? Tak, oczywiście. Założenie, że chrześcijanin postawiony w obliczu takich zdarzeń powinien wyłącznie modlić się, jest mi jednak z gruntu obce. Owszem, kiedy wieje, nie pozostaje nic innego, kiedy jednak wiać przestaje, wypada uruchomić intelekt dany nam przez Boga. Wypada zastanowić się nad przyczynami i nad tym, czy możemy coś z nimi zrobić, ergo: czy  niezależnie od naszych wysiłków d o k o n a ł o    s i ę, i Terlikowskiego oraz moje dzieci za kilkadziesiąt lat będą miały nad głową zimowe orkany o jeszcze większej sile, czy też coś jednak możemy zrobić, by rozszalałe żywioły choć odrobinę spuściły z tonu.

Większość klimatologów (niezależnie od przekonań religijnych lub ich braku) twierdzi, że nawet jeśli dziś, od teraz, ludzkość jak jeden mąż podejmie radykalne działania zmierzające do ograniczenia emisji CO2, to klimat rozhuśtał się tak mocno, że najbliższe dekady upłyną pod znakiem ekstremów pogodowych w rodzaju tego, który właśnie przetoczył się nad naszymi głowami. Nawet jeśli mają rację, to warto zrobić wszystko, tu, na ziemi, na tym materialnym łez padole, by siłę zmian klimatycznych zminimalizować. Jest to możliwe, choć nie odczujemy tego ani my, ani, być może, nawet nasze dzieci. Jednocześnie jest to konieczne. W Europie Zachodniej i Ameryce Południowej ruchy chrześcijańskie, które tę konieczność rozumieją i mocno angażują się w szeroko rozumianą ochronę środowiska, uznawane są za oczywistość. U nas to fanaberia. Chrześcijanin nie jest bezradny. Nie ma sprzeczności między modlitwą i zaangażowaniem w walkę ze zmianami klimatu.

Choć niewątpliwie momenty, kiedy w starciu z żywiołami nie pozostanie nic innego oprócz modlitwy, będą wierzącym przydarzać się częściej niż kiedyś.

mol

 

 

 

 

 

Ta mielonka miała mamę

Istny festiwal hipokryzji wywołała decyzja sieci Makro Cash & Carry, która wprowadziła do sprzedaży całe prosięta, na dodatek ofoliowane. Oj, krzyknęła wrażliwa część społeczeństwa, oj i fe, i przegięcie. Jak tak można? Jak można pokazywać na półkach sklepowych całego prosiaka, na dodatek w folii? Toć to barbarzyństwo – twierdzi wrażliwsza podobno część konsumentów: jak można takie piękne, niewinne zwierzę w ten sposób, przepraszam za wyrażenie, konfekcjonować?
Zrekonstruujmy klasyczny sposób myślenia, który prowadzi do takich pytań. Obywatel idzie do sklepu, ogląda zwały, stosy, kopy mięsa, ogląda kości, ścięgna, krew, flaki (te ostatnie coraz rzadziej, moda na podroby czemuś minęła), ogląda świninę w stu różnych postaciach i jego sumienia ten widok nie porusza. Widzi zające w zamrażalnikach (całe), widzi królicze tuszki, całe kurczaki (no, niecałe, bo bez głów) i jakoś przechodzi nad tymi obrazkami do prządku dziennego. Po prostu myśli „mniam”, nie zawracając sobie głowy aspektami etycznymi.
Kiedy zaś pojawia się przed nim prosię w jednym kawałku, myśli sobie: o, to prosię było małe, miało mamę, kwiczało, było bezradne i różowe, ten prosiaczek był taki słodziutki, i przyszedł barbarzyńca, i zabił, i zapakował w folię.
A przecież prosię zmielone i prosię w całości, to nadal prosię. Mielonka również miała mamę i coś jest z nami nie tak, skoro straciliśmy tego świadomość. Dziękować więc należy sieci Makro Cash & Carry, że nam tę oczywistość przypomina:
http://wyborcza.pl/1,75248,14774621.html

mol

Rachunki za prąd wzrosną

Izaak Babel powiadał, że „Żadne żelazo nie wchodzi w serce z tak mrożącą siłą, jak w porę postawiona kropka”. Co to ma wspólnego z blogiem niniejszym i energetyką? Otóż dużo. Czytam ci ja wczorajszą „Rzeczpospolitą”, a w niej tzw. wywiad programowy z prezesem Krzysztofem Kilianem, prezesem Polskiej Grupy Energetycznej. Wywiad w gruncie rzeczy ostrożny, bez kantów i haczyków. Dziennikarze dociskają dziennikarski pedał raz, pytając:

o ile ceny energii powinny być wyższe, by inwestycja w Opolu była opłacalna?

Na co prezes Kilian spokojnie odpowiada:

Średnia cena na rynku hurtowym w lipcu wyniosła poniżej 160 zł/MWh, a potrzebujemy poziomu o 70–80 zł wyższego. To również nie oznaczałoby jeszcze całkowicie komfortowej sytuacji, ale dawałoby już przestrzeń do spokojnego planowania.

(cały wywiad tutaj: http://bit.ly/175HYQ5)

Moim zdaniem Babel byłby zachwycony. Czytam sobie te dwa zdania w wykonaniu pana prezesa, czytam i czytam, nadziwić się nie mogę, jakie zgrabne są i akuratne. Kropka w porę postawiona, a jakże, spokojną i zdecydowaną ręką.

Co z owych dwóch spokojnych zdań wynika, jeśli jednak damy radę otrząsnąć się  z ich precyzyjnej, klarownej konstrukcji? Wynika, że:

1) jeśli chcemy mieć energetykę węglową, podobno najtańszą i najodpowiedniejszą dla polskiej racji stanu, trzeba sięgnąć do kieszeni podatnika i zapomnieć o najniższych w ostatnich latach rachunkach za prąd;

2) urzędnicy państwowi oraz eksperci broniący energetyki węglowej jak niepodległości, mylili się fundamentalnie, przekonując, że rachunki za prąd wzrosną na skutek inwestowania w odnawialne źródła energii; teraz okazuje się bowiem, że wzrosną niezależnie od tego, czy postawimy na węgiel, czy też na wiatr i wodę; stawiali więc po Bablowsku kropkę, tyle że w pół zdania; czy świadomie wprowadzali opinię publiczną w błąd czy też nie  – nie wiem;

3) po kropce powinna nastąpić istna lawina komentarzy, spekulacji, sprostowań, pomówień i wystąpień. To są w końcu najważniejsze i najodważniejsze słowa, jakie w ostatnich latach padły z ust prominentnego urzędnika z branży energetycznej. Tymczasem nic, żadna dyskusja narodowa się nie rozpoczyna, żadna burza na horyzoncie nie majaczy, nikt za mutry i gwinty z powodu celnie postawionej kropki nie chwyta; może akurat wszyscy eksperci w Krynicy po deptaku chodzą, wodę mineralną pijąc, może związkowcy 14-go września dopiero sprawę skomentują, może szeregowi konsumenci łososiowych stron „Rz” nie czytają;

O przemilczanych lub wyśmiewanych opiniach ekspertów ekologicznych, którzy od dawna ostrzegali, że cena prądu wzrośnie niezależnie od tego, czy wybierzemy brudny węgiel czy czysty wiatr, nie wspominam, bo wyjdzie na to, że się użalam. Po prostu stawiam kropkę, czekając spokojnie, kiedy tanie rachunki za prąd odejdą w niepamięć.

mol

Jeszcze jeden potwór

Dawniej w Polsce straszyło się Babą Jagą, Cyganem, czarną wołgą. Potem (tu posiłkuję się znakomitym rysunkiem Marka Raczkowskiego) przyszła era straszenia Michnikiem. Obecnie najlepszym sposobem na wywołanie nocnych lęków u dziatwy szkolnej oraz ludności w wieku produkcyjnym jest Gazprom. Jak nie będziesz grzeczny, to przyjdzie Gazprom i cię zje, gówniarzu! Jedz kaszę, bo jak nie zjesz, zły ruski Gazprom zakręci kurek! Gazprom świetnie nadaje się na imię jakiegoś potwora z bajek fantasy. Drży przed nim cała Polska, pożera dziewice i walutę, narzuca ceny, umiejętnie negocjuje i kładzie nowe nitki gdzie popadnie.

Nie są to lęki bezzasadne. Postronni obserwatorzy zapytują jednak trzeźwo: dlaczego nie straszycie dzieci Dieslem (produkowany głównie z rosyjskiej ropy). Dlaczego ruski potwór Diesel przeszkadza wam mniej niż ruski Gazprom? To jest bardzo dobre pytanie, jak mówią sprytni lobbyści amerykańscy, żeby zyskać na czasie. To jest bardzo dobre pytanie, ale ja na nie dzisiaj nie odpowiem.

Przejdźmy do meritum. Według raportu NIK polskie złoża węgla wystarczą do, mniej więcej, 2035. Rabunkowa gospodarka i najtańsze metody wydobycia doprowadziły według kontrolerów do bezpowrotnej utraty części złóż. To bardzo mocna teza, krytykują ją szefowie spółek węglowych. Nawet jeśli NIK dmucha na zimne, coś jest na rzeczy – w tej chwili Polska jest importerem węgla netto.

Ta zależność będzie rosła. Kancelaria Prezesa Rady Ministrów (dlaczego Kancelaria, a nie Ministerstwo Gospodarki, to temat na inne, być może jeszcze ciekawsze rozważania) sporządziła raport pokazujący, jak będzie wyglądał polski miks energetyczny do roku 2060. Po wielu analizach wyszło dokładnie to, co wyjść musiało: węgiel był, jest i będzie najtańszy, na nim zbudujemy stabilność energetyczną. Koniec, kropka, zgadza się co do joty z przekonaniami premiera, ministra środowiska i szefa najważniejszej partii opozycyjnej. Pierwsza wersja raportu zawierała co prawda kardynalne błędy – brak choćby wzmianki o produkcji energii ze źródeł rozproszonych czy kosztach zewnętrznych gospodarki węglowej –  z czego wnosić można było, że autorom raportu bardzo zależy na zbudowaniu wizji bez jakiejkolwiek alternatywy. I nic dziwnego, im bardziej czarny będzie bowiem ten obraz, tym łatwiej przekonać społeczeństwo do budowy kolejnych elektrowni węglowych, a ciotkę Unię do wyłączenia Polski z zasad wspólnej polityki klimatycznej.

Teraz uwaga: Nowe, oparte na węglu, inwestycje elektroenergetyczne to rosnące zapotrzebowanie na surowiec, którego w Polsce jest zbyt mało. A nawet jeśli jest go w sam raz, to kosztuje dwa razy drożej niż w portach ARA (Antwerpia-Rotterdam-Amsterdam). A nawet jeśli jest, to żeby go wydobyć, trzeba zainwestować potężne środki na budowę nowych kopalń. Stąd realne przypuszczenie, że w roku 2050 Polska będzie importować ok. 40 mln ton czarnego złota rocznie.

Zgadnijcie teraz, drogie dzieci, skąd będzie przypływał do nas węgiel?

Naprawdę się nie boicie?

http://bit.ly/13fZqRx

mol

Operacja Mikro

Najpierw trochę faktów. Polska klasa polityczna traktuje odnawialne źródła energii jak dopust boży, śmiertelne zagrożenie, gwóźdź do polskiej trumny, dżumę i zarazę. OZE są trucizną i jadem. My, tutaj, w nadwiślańskim kraju, wiemy dobrze, że wyżej kopalni nie podskoczymy. Niech tam sobie inni te, prawda, wiatraki, pompy i panele stawiają. U nas będzie po bożemu.

Między innymi dlatego obywatel Kowalski, który ma ochotę postawić na swoim dachu mały wiatrak, a nadmiar uzyskanej w ten sposób energii odprowadzić do sieci, nie może tego zrobić w prosty sposób. Państwo uznało, że takie ułatwienie byłoby śmiertelnym zagrożeniem dla racji stanu.

Między innymi dlatego również przedsiębiorcy, którzy chcieliby inwestować w OZE, zatrudniać ludzi, budować wiatraki i składać panele fotowoltaiczne, nie wiedzą, co robić. Rząd nie może sobie bowiem poradzić z ramami prawnymi takich działań. Musi coś zrobić (Unia grozi palcem), a najchętniej nie robiłby nic. W związku z tym opóźnia prace nad ustawami (ustawa o OZE), odrzuca poprawki zielonej branży i ekologów ( tzw. mały trójpak), pisze ustawę, potem ją przewraca do góry nogami (ustawa o OZE). To część większej całości – ostatnie tygodnie pokazują, że nie ma mowy o jakiejkolwiek spójnej strategii energetycznej (chcemy atomu, czy go nie chcemy, budujemy elektrownię w Opolu czy też z budowy rezygnujemy, jak to jest panie premierze?). Są chaotyczne działania, które zaczynają irytować nawet ludzi dotychczas spokojnych.

Wczoraj działania rządu ostro skrytykował Janusz Steinhoff, polityk spokojny i zrównoważony, sceptyczny wobec unijnej polityki klimatycznej. W ciekawym wywiadzie dla portalu WNP zarzucił rządowi opieszałość i totalną nieudolność w prowadzeniu inwestycji publicznych, zwrócił też uwagę na brak ustawy o OZE:
http://bit.ly/17qthKS

Dzisiaj z kolei, podczas organizowanej przez Fundację Heinricha Bolla konferencji, w podobnym tonie wypowiedział się prof. Maciej Nowicki, były minister środowiska, człowiek spokojny i wolny od niepotrzebnych emocji, jeden z architektów polskiego myślenia o styku ekonomii i ochrony środowiska.

Te sygnały mogą oznaczać, że wyczerpuje się cierpliwość prominentnych postaci, przez lata wspierających energetyczną politykę Donalda Tuska. Nic dziwnego – tej polityki po prostu nie ma. Są jakieś strzępy, rozpaczliwe decyzje, retardacje i uniki.

Usłyszałem jednak podczas wspomnianej konferencji coś, co nie daje mi spokoju: szanowany od lewa do prawa ekspert Grzegorz Wiśniewski, prezes Instytutu Energetyki Odnawialnej, wyliczył, że w Polsce działa już ponad 200 tys. mikroinstalacji, czyli niewielkich, przydomowych instalacji produkujących ciepło lub prąd. To jest informacja wspaniała. To jest informacja pokazująca, że mimo wszystkich utrudnień i błędów w Polsce dzieje się energetyczna rewolucja. Mimo ostrzeżeń rządu Polacy chcą ogrzewać wodę kolektorami słonecznymi, uzyskiwać prąd z turbin wiatrowych i montować pompy ciepła.

Pytanie, kiedy zirytują się tak jak pp. Steinhoff i Nowicki, kiedy zrozumieją, że są siłą społeczną, zdolną do przestawienia polskiej energetyki na nowe tory.

Oby jak najszybciej.

mol

Bruksela, Warszawa, retorsje

Miałem ostatnio okazję rozmawiać z europarlamentarzystami Zielonych, którzy zastanawiają się nad swoją rolą w nadchodzącym szczycie klimatycznym. COP19 odbędzie się 11 listopada w Warszawie.

Jest to moment bardzo atrakcyjny wizualnie – jeśli schemat z ubiegłych lat się powtórzy (a dlaczego nie miałby się powtórzyć) uczestnicy konferencji (na COP zjadą politycy z całego świata) będą mogli obejrzeć prawicową młodzież demolującą z okazji Święta Niepodległości stolicę. Zastanawiam się przy okazji, jaki szatan podpowiedział ten właśnie termin organizatorom. Czy my przypadkiem nie próbujemy nastraszyć wszystkich tych specjalistów od backloadingu, ETSu i innych narzędzi, którymi podobno torturowana jest polska gospodarka? Czy nie próbujemy wysłać im sygnału: „uważajcie, bo, prawda, my nie będziemy się bić na pięści, garnitur zobowiązuje, ale tu za oknem są chłopaki gotowe zginąć za polski węgiel, dlatego lepiej wracajcie do hotelu taksówką”.

Jak na razie co innego niż realna możliwość płynnego połączenia konferencji z uliczną awanturą spędza Zielonym sen z powiek. Otóż do COP19 pozostało jeszcze pięć miesięcy, ale już teraz można obstawiać u bukmacherów, że spotkanie na Stadionie Narodowym nie przyniesie konkretnych efektów ani politycznej zgody co do kierunku światowej polityki klimatycznej. Na porozumieniu nie zależy bowiem ani organizatorowi, czyli Polsce, ani najważniejszym graczom spoza Europy, takim jak Indie czy Chiny. Od kilku lat kolejne konferencje klimatyczne są przede wszystkim sztuką politycznej retardacji, unikania rozstrzygnięć i zdecydowanych działań. W mętnej wodzie radzi sobie nieźle wiele krajów, w tym, póki co, Polska. Oto zasada światowej dyplomacji związanej z ochroną środowiska: rozmawiajmy, ale tak, żeby efektem rozmów była zapowiedź… kolejnej tury rozmów.

Zieloni zdają sobie dobrze z tego paradoksu sprawę, podobnie jak z niechęci społeczeństwa polskiego do polityki klimatycznej i powszechnego tutaj przekonania, że wyżej węgla nie podskoczymy, a marzeniem Unii Europejskiej jest zdławienie naszej gospodarki. Jednocześnie dają wyraz irytacji i rosnącemu rozżaleniu. Dla rządu polskiego polityka klimatyczna jest pomyłką i zagrożeniem, które trzeba omijać szerokim łukiem, unikając na przykład wdrażania unijnych dyrektyw. Dla Zielonych postawa polskiego rządu jest rozczarowaniem, ponieważ Polska dostała od Unii bardzo duże wsparcie, które miało zostać spożytkowane na zazielenianie polskiej gospodarki. Tymczasem nad Wisłą od kilku lat trwają intensywne próby przeznaczenia wsparcia na utrwalenie roli gospodarki węglowej. Chcemy mieć ciastko i zjeść ciastko.

Obie strony mają, jak zwykle, swoje racje. Zieloni przyjadą w listopadzie do Warszawy, pewnie trochę porozmawiają, poobserwują, zapytają pewnie, dlaczego tak wrażliwi jesteśmy na punkcie gazu z Rosji, a znacznie mniej przeszkadza nam import rosyjskiego węgla czy oleju napędowego, dlaczego boimy się mikroinstalacji i docieplania budynków. Po czym wrócą do Brukseli.

Na tym jednak nie koniec: zakładam, że po wyborach 2014 frakcja Zielonych w Europarlamencie będzie nadal istnieć. Gdy kurz wyborczy opadnie, przyjdzie czas, by irytację i żal przekuć w retorsję. W jaki sposób? Dowodów na niewywiązywanie się Polski z klimatycznych umów jest aż nadto, dlatego odpowiedź zdaje się oczywista: Unia nie tylko potrafi dawać pieniądze, ale również dosyć skutecznie je odbierać. Czyni to bardzo niechętnie, ale też, powiedzmy sobie szczerze, od dobrych kilku lat prosimy ją uparcie, by sięgnęła wreszcie po broń grubszego kalibru.

mol