Żółta kartka dla ministra Korolca

Dosyć niespodziewaną informację przyniósł wczoraj portal CIRE, informując, że premier Tusk dał burę ministrowi środowiska Marcinowi Korolcowi. Premier poirytował się zbyt słabym, w jego mniemaniu, zaangażowaniem ministra w ubijanie prawnego gruntu pod poszukiwania gazu łupkowego. I zagroził, ni mniej ni więcej, zdymisjonowaniem urzędnika, tak bowiem rozumieć należy chyba słowa „minister środowiska albo uzna, że ten projekt wymaga nie tylko mentalności ekologa, ale także mentalności przedsiębiorcy, albo kto inny się tym zajmie…”

http://bit.ly/13JytSg

Dlaczego informacja jest niespodziewana? Tłumaczyć ją można wyłącznie faktem, że poirytowany złymi notowaniami rządu premier szuka wokół siebie winnych, i wzrok jego akurat padł na szefa resortu środowiska. Nie ma innego uzasadnienia, ponieważ min. Korolec jest wyjątkowo lojalnym i posłusznym urzędnikiem, w resorcie środowiska działającym z jasnym przesłaniem: „gospodarka, głupcze”. Minister Korolec prywatnie powątpiewa w tezy o globalnym ociepleniu ( trudne to do ogarnięcia, równie dobrze można sobie wyobrazić szefa pływalni, który nie bardzo wierzy, że ciało zanurzone w cieczy traci itd), co dobrze wpisuje go w polski pejzaż, nie tylko rządowy, ale polityczny w ogóle. Minister Korolec wygrał w Unii arcyważne starcie ze zwolennikami backloadingu (interwencji na rynku uprawnień do emisji, która skutkowałaby wyższymi cenami za emisję CO2, stawiając w trudnej sytuacji opartą na węglu branżę energetyczną i pomagając w rozwoju odnawialnych źródeł energii). Minister Korolec nie spieszy się z wdrażaniem zasad unijnej polityki klimatycznej (jak kocha, to poczeka), pytany o redukcję CO2 w krajach unijnych odbija piłeczkę daleko, daleko, do Indii oraz Chin, minister Korolec organizuje wydarzenie COP19, które prawdopodobnie będzie szczytem ekwilibrystyki – do Warszawy przyjadą najważniejsi politycy odpowiedzialni za ochronę środowiska, a jednocześnie Warszawa nie może pozwolić, by z tego spotkania cokolwiek istotnego w kwestiach redukcji gazów cieplarnianych wynikło). Minister Korolec w żaden sposób nie wspomaga rozwoju energetyki rozproszonej, nie zabiega, by Kowalski mógł bez zbytnich kłopotów zamontować na swoim dachu mikroinstalację, jak czynią to Smiths czy Muller. Jednym słowem – działa tak, jak każe premier. Zamiast podziękowania dostaje żółtą kartkę.

Jeśli więc dla premiera Tuska minister Korolec jest zbyt ortodoksyjnym ekologiem, jeśli Tusk w Korolcu  groźne odchylenie ekologiczne dostrzegł, jeśli minister okazał się w oczach premiera odstępcą i człowiekiem zbyt słabej wiary, to kto, pytam, kto mógłby go zastąpić? Kto w polityce polskiej nie jest skalany mrzonkami o globalnym ociepleniu, kto nie przejmowałby się dyrektywami, dyktatem monopoli energetycznych, ukrytymi kosztami spalania węgla?

Przychodzi mi do głowy tylko jedna postać: to Ludwik Dorn, ostatnio gównie znany z namiętnych nawoływań do wypowiedzenia pakietu klimatycznego. Panie premierze, niech pan zaprosi do współpracy Ludwika Dorna! Ten zasłużony polityk wykona z pewnością świetnie to, z czym podobno Marcin Korolec sobie nie radzi. Pojedzie do Brukseli, wywróci raz a dobrze ten cholerny zielony stolik, przy którym musimy debatować, połamie mu nogi, potem otrzepie ręce i wróci do kraju.

Będzie mógł zameldować to, na co zdrowo premier i inni pragmatycznie myślący obywatele czekają z utęsknieniem: „Stłukłem termometr, gorączka zniknęła”.

Chronisz? Płać!

Arcyciekawy smaczek w dzisiejszym Dzienniku Gazecie Prawnej: kilka stanów amerykańskich chce, by właściciele hybryd i samochodów elektrycznych płacili więcej za rejestrację samochodu czy podatek. Z prostej przyczyny: obywatelka lub obywatel, którzy mają taką oto fanaberię, by zużywać mniej benzyny (czyli płacić mniejsze podatki na budowę dróg) muszą zapłacić frycowe w innej formie:
http://bit.ly/12bCAak

Czemu mnie to nie dziwi? Ameryka jest co prawda daleko, ale i my mamy czym się pochwalić. Przekonanie, że osobnik zaangażowany w ochronę środowiska (rozważania, czy auto elektryczne jest ekologiczne zostawiam na inna okazję) jest zagrożeniem dla ładu państwowego, kwitnie u nas w najlepsze. Zapytajcie, drodzy czytelnicy, ministra Rostowskiego na przykład, dlaczego popsuł ustawę o efektywności energetycznej, tak, by istniała ona wyłącznie na papierze. Zrobił to z tej samej przyczyny, dla której władze stanu Wirginia każą płacić więcej tym, którzy teoretycznie chcą zużywać mniej. Powiedzmy, że ja, Olszewski Michał, członek zarządu wspólnoty mieszkaniowej pewnej ruderalnej z wierzchu kamienicy, stawiam wniosek, by przeprowadzić tzw. głęboką termomodernizację. Po dociepleniu, załataniu dziur i zlikwidowaniu mostków termicznych okaże się, że nasza kamienica zużywa znacznie mniej energii. To dobrze? Nie, to źle, do budżetu wpływa bowiem mniej pieniędzy z akcyzy za prąd. Wyobraźmy sobie, że nagle wszyscy rzucają się do docieplania. Toż to prawdziwy krach dla budżetu!

Amerykanie zrozumieli najwyraźniej tę brutalną prawdę, nie wiem, może minister Rostowski pojechał za ocean z wykładami, może napisał list do Ameryki, żeby nie kroczyła ścieżką ekologicznego upadku. Tego nie wiem, ale z pewnością wiernymi uczniami ministra finansów okazali się zarządcy spółdzielni (skaczę z tematu na temat, bo przecież najciekawsze są te niepodziewane połączenia): w tym samym DGP czytam, że w związku z nową ustawą odpadową pomysłowi zarządcy każą płacić tyle samo tym, którzy śmieci segregują, jak również tym, którzy segregować chcą wyłącznie znaczki pocztowe. Albo jeszcze inaczej: jeśli ktoś bierze na serio ustawę, przychodzi do zarządu wspólnoty i mówi, że chce segregować, że w związku z tym ma prawo płacić mniej, zarząd ma prawo powiedzieć: „nie, kochany, segregacji u nasz na osiedlu nie będzie, a jak się nie podoba, to droga wolna, jedź sobie choćby do RPA, tam podobno kiedyś mieli niezłą segregację”. I bardzo, bardzo dobrze. Człowiek świadomy ekologicznie powinien również mieć świadomość i tę, że jest wrogiem, burzycielem, agentem i kim tam jeszcze chcecie. Takich trzeba tępić bez opamiętania, najlepiej za pomocą  instrumentów finansowych.

Kaucji nie będzie

Czytam ten artykuł kolejny raz, czytam, nie mogę zrozumieć (poniżej link do fragmentu, więc streszczę całość)

http://tiny.pl/h87hl

Puls Biznesu (chwała im za to) opisuje sprawę, o której w branży opakowaniowej i odpadowej mówi się od wielu miesięcy. Otóż Ogólnopolska Izba Gospodarcza Recyklingu wspólnie z przedsiębiorcami przygotowała raport dotyczący fundamentalnego marnotrawstwa, które w Polsce kwitnie w najlepsze. Spośród 4,5 mld butelek PET trafiających rocznie na rynek, ponownie przerabiany jest 1,1 mld. Reszta ląduje w piecach, na wysypiskach albo w lasach. Granulat do wyrobu PET kosztuje w tej chwili 700-900 Euro za tonę.

Wydaje się, że sprawa jest prosta. OIGR udała się do Ministerstwa Środowiska z propozycją korekt w systemie zbiórki odpadów i wprowadzenia systemu kaucyjnego dla butelek PET, na podobieństwo Niemiec na przykład. 5 tys. automatów miałoby kosztować 250 mln złotych, konieczny byłby operator systemu, rzecz, wydawałoby się do ogarnięcia i dźwignięcia, jeśli zważyć wysoką stopę zwrotu inwestycji.

Ministerstwo Środowiska zareagowało szybko: urzędnicy uznali, że propozycja nie ma sensu, wprowadza bowiem bałagan w systemie, wymaga nowych ram prawnych i w ogóle jest przedwczesna (tu posiłkuję się własnymi informacjami). PETa z rzędem temu, kto zrozumie sens wypowiedzi Pawła Mikuska, rzecznika MŚ, którą pozwolę sobie zacytować:

„Propozycja była systemem obowiązkowym dotyczącym opakowań jednorazowego użytku, przenoszącym obciążenia związane z funkcjonowaniem tego systemu na innych uczestników rynku niż podmioty przetwarzające odpady, włącznie z przekazywaniem kwot pozostałych po niezwróconych butelkach”. Co w tym złego, pytam? Co złego w fakcie, że powstaje system, dzięki któremu udaje się wychwycić masę bezużytecznych obecnie odpadów? O czyj interes, do stu tysięcy par butelek jednorazowego użytku, dba MŚ, bo przecież nie o interes środowiska? Czy nie jest przypadkiem tak, że urzędnikom nie chce się ruszyć głową i skonstruować nowych ram prawnych? Czy nie jest przypadkiem tak, że za cenę świętego spokoju i cichej zgody na fałszowanie przez niektóre organizacje odzysku statystyk recyklingu (zapytajcie w Ministerstwie, ile faktycznie szkła poddawane jest recyklingowi, a jakie raporty trafiają do Unii) odrzuca się dobre rozwiązanie? Czy nie jest to przypadkiem skandal?

OIGR uderzyła do premiera, którego, jako żywo, o zainteresowanie sprawami ochrony środowiska, nigdy nie posądzałem. I tu niespodzianka: ministerstwo skarbu uznało, ze pomysł jest bardzo dobry, zwiększa bowiem wpływy z VAT. Przełom? Skąd. Na tym koniec. Tadeusz Arkit, przewodniczący podkomisji ds monitorowania gospodarki odpadami, rzecze bowiem następująco: „To duże wyzwanie pod względem prawnym, technicznym, a przede wszystkim finansowym”. No, to jest objawienie. To jest kwintesencja polskiej myśli parlamentarnej i urzędniczej. Ja to sobie nad łóżkiem w domu powieszę, i będę czytał za każdym razem, jak natchnie mnie, żeby podjąć jakieś wyzwanie. Jak rozumiem, polscy urzędnicy nie zamierzają zajmować się dużymi wyzwaniami. A ja, w naiwności swojej, myślałem, że to jedno z ich zadań.

Tak więc, kaucji, drogie dzieci, nie będzie. Niech tam sobie Holender, Żyd, Estończyk, Fin albo Niemiec dyma z siatkami pełnymi butelek do automatu. U nas będzie po bożemu. To znaczy siup do kosza.

I po kłopocie. Ministerstwo Środowiska wraz z parlamentarzystami uczy bowiem przy okazji ważnej prawdy życiowej: co z oczu, to z głowy.

mol

Bruksela chce zieleni

Godzinę temu komisarz Connie Hedegaard potwierdziła to, o czym eksperci mówili już w ubiegłym roku: 20 proc wszystkich wydatków UE w nowym budżecie przeznaczonych będzie na szeroko rozumianą politykę klimatyczną. Tymczasem my nie potrafimy uporać się z jedną ustawą dotyczącą odnawialnych źródeł energii.

Dziennikarska krzywda

Blog poświęcony w zamierzeniu ekologii nie jest dobrym miejscem do tego typu harców, ale nie mogę się powstrzymać. Czytam kolejny raz tekst Wojciecha Staszewskiego, który narzeka na to, że po 20 latach pracy nie stać go na udział w maratonie frankfurckim. Wyjazd dla dwóch osób szacuje na ok 4 tys. zł. W systemie jest błąd, twierdzi Staszewski, bo doświadczony dziennikarz jednej z najważniejszych polskich gazet zarabia mniej niż jego koledzy w branży budowlanej czy finansowej:

http://staszewskibiega.blox.pl/2013/02/Nie-jestem-dziennikarzem-Jestem-Wojtek-Staszewski.html

Jako dziennikarza pisma o nieporównanie mniejszym zasięgu zawstydza mnie ten tekst. Rozumiem, że sytuacja w branży jest cienka i nic nie wskazuje na to, by miała się poprawić. Wygląda na to, że zawód dziennikarza prasowego stanie się rychło taką samą profesją jak konwisarz, stelmach, rusznikarz, mularz czy krzykacz miejski. Nie miejsce tu, by analizować, czyja to wina, co do tego doprowadziło, i czy przypadkiem rewolucja technologiczna nie pożera swoich dzieci. Stało się. Natomiast warto pamiętać, że dziennikarze, w tym Wojciech Staszewski,  byli przez ostatnie dwie dekady grupą nieźle prosperującą. Że w dużych gazetach zarabiało się naprawdę przyzwoite pieniądze, i to w czasach, kiedy kolejne gałęzie gospodarki padały na pysk. Że – napiszę to wprost – część tego środowiska była i jest grupą społecznie uprzywilejowaną. Dlatego, dla czystej ludzkiej przyzwoitości, dziennikarze, którzy pozostali w zawodzie, nie powinni się nad sobą litować, tak, jak w większości przypadków nie litowali się nad górnikami, kolejarzami czy hutnikami. Kiedy zwalniano górnika, była to konieczność dziejowa, kiedy dziennikarz nie może pobiegać we Frankfurcie jest to krzycząca niesprawiedliwość.

Jest w tym tekście wyraźna tęsknota za starymi, dobrymi czasami, które nie wrócą. Rozumiem, źle opłacany dziennikarz to dziennikarz, który źle wykonuje swoją pracę, jest podatny na korupcję, węszy za fuchą, zamiast tygodniami dreptać wokół materiału śledczego. Jeśli jednak dziennikarz ma misję społeczną, jeśli rzeczywiście jest kimś więcej niż budowlańcem czy finansistą (a dlaczego właściwie, skąd ten aksjomat?), to nie pozostaje mu nic innego jak współczesnego rola doktora Judyma. Który, przypomnę tę zapomnianą lekturę, generalnie się nie skarżył.

Zresztą, jakiego Judyma? Pracuję w zawodzie kilkanaście lat, pracowałem również w tej samej gazecie, co Wojciech Staszewski. Dzięki temu objechałem za darmo kawał świata, widziałem miejsca, do których zwykli śmiertelnicy nie mają wstępu, rozmawiałem z kilkoma osobami, o których jako budowlaniec czy finansista mógłbym pomarzyć. Co więcej, pamiętam dość dobrze, że istniał w „GW” system motywacyjny, który nagradzał dziennikarzy akcjami – sam byłem jego beneficjentem, a jeśli mnie pamięć nie myli, to Staszewski również. Jestem tym zawodem bardzo zmęczony. Zarabiałem i zarabiam za mało, bo każdy, kogo znam, czy to dziennikarz, czy to finansista, zawsze chciałby zarabiać więcej. Przez gardło nie przechodzi mi jednak takie narzekanie jak jednemu z czołowych dziennikarzy w tym kraju. Jadąc do swojego miasta rodzinnego, gdzie średnia wynagrodzeń jest najniższa w kraju, zagryzam zęby i nie zwierzam się ze swoich finansowych braków. Swoim rozgoryczeniem oszczędniej powinien również dzielić Wojciech Staszewski, zakładam bowiem, że naprawdę nie powodzi mu się tak źle, jak napisał.

Prawdziwy dramat zaczyna się nie wtedy, kiedy musimy zrezygnować z wyjazdu do Frankfurtu, tylko w momencie, gdy po miesiącu ciężkiej roboty nie mamy czym zapłacić za prąd.

mol

Jeszcze jeden radar dzisiaj

Uaktywnił się kolejny przeciwnik fotoradarów. To red. Marczuk z „Rz”, głos, jak mi się dotychczas wydawało, dosyć rozsądny:

http://www.rp.pl/artykul/9157,974581-Fotoradar–szpon-drapiezcy.html?p=1

Jest w tym niedługim teście kilka pułapek, w które złapał się autor, piętnując drapieżny szpon rządowy.

1) Pułapka pierwsza – porównania z Ameryką. Porównania mylne i tak chybione, że aż głupio je punktować. Miasta amerykańskie zbudowane są inaczej, co sprawia, że kierowcy łatwiej się po nich poruszać, gęstość zaludnienia w USA jest cztery razy niższa, co sprawia, że możemy przejechać dziesiątki mil nie widząc żywej duszy – w Polsce rzecz niemożliwa; i w końcu – w USA instytucja pieszego na poboczu właściwie nie istnieje, ponieważ dystanse są spore, a samochód jest towarem powszechnego użytku.

2) Liczba zabitych na drogach w Polsce w ostatnich latach spada bardzo powoli, chociaż autostrad i tras ekspresowych przybywa. Nie wspominam o schetynówkach i remontach tras krajowych – zmiana jest tu widoczna gołym okiem. Mimo to, jeśli chodzi o statystykę zgonów, nadal jesteśmy czerwoną latarnią UE.

3) Wrócę do porównań z Ameryką: w tekście Marczuka widoczne jest przekonanie, że dobre drogi rozwiążą wszystkie nasze problemy. To iluzja. Nie da się wszędzie zbudować obwodnic, tras ekspresowych i kładek. Polska nie jest z gumy. Polska jest przede wszystkim krajem małych miejscowości, przytulonych do dróg i zrośniętych z nimi na śmierć i życie.  Marczuk może jedynie liczyć na dziurę demograficzną, która sprawi, że prowincja się wyludni. Wtedy rzeczywiście problem zniknie. Ale znikniemy i my.

4) I jeszcze raz tak lubiana przez redaktora „Rz” Amerika: w genetycznie związanym z Polską stanie Illinois do 2010 r. za przekroczenie prędkości o 40 mph kierowca oprócz mandatu mógł otrzymać nadzór sądowy. Od 2011 oprócz mandatu w wysokości nawet 2,5 tys. dolarów taki delikwent z automatu otrzymuje również karę więzienia, nawet do roku. Jest wina, jest kara.  W podobnym kierunku zmierza polski system bezpieczeństwa drogowego – znajdzie się w nim prawdopodobnie możliwość czasowego odebrania prawa jazdy recydywistom drogowym. Czy i w tym przypadku red. Marczuk będzie mówił o opresyjnym i drapieżnym państwie?

5) O Polakach – mistrzach kierownicy, mistrzach świata, mistrzach szos itd, kolejny raz pisać nie będę. Napiszą za to o obywatelskim oporze i jego efektach. Grzegorz Aksamit, członek zarządu Binartech, spółki zajmującej się m.in. sprzedaż systemu antyradarowego SpeedAlarm (CB na telefony komórkowe) poinformował właśnie, że w ostatnim miesiącu, miesiącu antyradarowej krucjaty, do systemu przybyło 30 tys. użytkowników (w tej chwili liczy on 250 tys. kierowców). Pan Aksamit informuje również, że „ponad 50 tys. osób uniknęło mandatu dzięki ostrzeżeniu o fotoradarze lub kontroli drogowej”. Brawo, brawo, co za epokowe osiągnięcie! Zakładam, że te ćwierć miliona kierowców myśli identycznie jak redaktor „Rz”. Cóż pozostaje red. Marczukowi? Chyba tylko w geście sprzeciwu włączyć się do systemu.

A może już go posiada?

mol

 

Co mają chrześcijanie do wysypisk śmieci?

Dużo, bardzo dużo, choć nie jest to przekonanie powszechne. W Polsce nadal dominuje przekonanie, że duchowni nie powinni mieszać się w tak przyziemne sprawki jak wysypiska śmieci, zanieczyszczenie gleb, zasoby morskie itd. Napisany jeszcze w latach 80-tych przez abp Muszyńskiego ekologiczny rachunek sumienia, o którym często wspominamy w „TP” (http://tygodnik.onet.pl/30,0,13751,artykul.html), nadal postrzegany jest jako kuriozum. Jak to, spowiadać się z lewego spuszczania szamba?

Podpisany 16 stycznia apel Kościołów polskich o ochronę stworzenia rozwiewa, mam nadzieję, w sposób ostateczny te wątpliwości. Bardziej czytelnego wezwania do odpowiedzialności za środowisko polscy chrześcijanie wysłać nie mogli:  http://www.swietostworzenia.pl/2-aktualne/247-apel-kosciolow-w-polsce-o-ochrone-stworzenia2

Zwracam uwagę na charakterystyczne przesunięcie, widoczne w tym apelu. Po kilku dekadach dyskusji i awantur teologicznych (fakt, że toczyły się one raczej w krajach protestanckich, a nie u nas) w oficjalnym komunikacie podpisanym przez polski Kościół katolicki pojawia się biblijny człowiek, który nie jest przede wszystkim panem stworzenia, stworzonym, by czynić sobie ziemię poddaną,  ale człowiek, który ma z miłością traktować CAŁE Boże stworzenie. To nie jest teza nowa, od lat głosi ją m.in. ks. Hryniewicz, ale tak mocno nie zabrzmiała jeszcze nigdy.

Oczywiście, można zarzucać apelowi zbytnią ogólnikowość, pominięcie istotnych problemów ekologicznych, z pewnością irytację wśród części ekologów wzbudzi bardzo jasny sygnał antyaborcyjny – tu akurat otwiera się przestrzeń, w której nie ma mowy o kompromisie. Kościoły apelują o ochronę życia od samego poczęcia, choć przekonanie, że źródłem wielu problemów ekologicznych jest przeludnienie (nie w Polsce, gdzie obserwujemy zapaść demograficzną), ma również swoje mocne podstawy.

Dla mnie jednak ten dokument ma przełomowy charakter. Ciekaw jestem, co dalej, jak zareagują na niego polscy duchowni różnych wyznań.

I czy z krakowskich ambon usłyszymy w końcu, że palenie śmieciami w piecach jest grzechem.

mol

Co z tym Lisem?

Czytam raz jeszcze wpis Tomasza Lisa, który wzywa do narodowej krucjaty przeciwko fotoradarom. Jak to możliwe, pytam? Oto jeden z najbardziej znanych dziennikarzy polskich wzywa do sprzeciwu w sprawie, wydawałoby się, bezdyskusyjnej.

Żyjemy w kraju, w którym przy drogach co i rusz widać płonące znicze, świeże krzyże, żyjemy w kraju, w którym hasło „nadmierna brawura” jest jednym z najczęściej wypowiadanych w kronikach wypadków drogowych. Żyjemy w końcu w kraju, w którym każda próba nałożenia wędzidła na naszą ułańską fantazję spotyka się ze wściekłym protestem. Nie inaczej jest w przypadku fotoradarów. Mimo że stan dróg systematycznie się poprawia, w UE nadal zwyciężamy w pojedynku na trupy drogowe. Policzcie wokół siebie, wśród swoich bliskich i przyjaciół tych, którzy opowiadają, jak to przekroczyli dozwoloną prędkość o 60, bo droga była dobra. To nie wyjątki, to legion.

Owszem, rząd wysyłając ewidentny sygnał, że fotoradary służą zarówno łataniu budżetowych dziur jak i ratowaniu życia, popełnia fatalny błąd i wystawia się na frontalny atak. Jestem jednak w stanie wybaczyć tę głupią szczerość. Jeśli kierowcy (sam się do nich zaliczam) – potężna, roszczeniowa, praktycznie bezkarna grupa społeczna, pod dyktando której upłynęło ostatnie 20 lat rozwoju polskiej infrastruktury – nie potrafią opanować się sami, potrzebne jest wędzidło. Albo raczej wędzidła, bo oprócz fotoradarów zgadzam się na drakońskie kary za przekroczenie prędkości, na podwyższanie stawki OC, a nawet na utratę prawa jazdy.

Oho, już słyszę te odpowiedzi, które tak radują Tomasza Lisa. Postawili znak w złym miejscu. Tam było ograniczenie w lesie do 70, jechałem 90 i nic się nie stało. Każą zwalniać nie wiadomo po co na zakręcie, debile. Przekroczyłem tylko o 11 i już mandat dali. Słyszycie? Przekroczyłem tylko o 11, a już się czepiają. Że droga hamowania wydłuża się o kilka metrów? Że energia zderzenia rośnie w postępie geometrycznym (inaczej mówiąc: zwiększenie prędkości o 25 proc. sprawia, że energia zderzenia rośnie o 60 proc.) NIEWAŻNE. Ważne, że władza znowu sięga nam do portfeli.

Właściwie postawa publicysty nie jest wyjątkowa. Śpiewa w potężnym chórze, wspólnie z poważnymi postaciami (prof. Rybiński skarżył się onegdaj w DGP na to samo) i z drobnymi cwaniaczkami, którzy w audycji u Kuby Strzyczkowskiego doradzają, żeby nie odbierać listów od Straży Miejskiej. Nie zdziwi mnie też, jeśli w ramach proponowanej przez autorytet krucjaty kierowcy zaczną zamalowywać oczka chciwych urządzeń sprajami. Dlaczego nie?

„Zawszę się boję, gdy władza zaczyna dbać o moje bezpieczeństwo” – zaczyna swój wpis Tomasz Lis. Proponuję wobec tego, żeby, idąc za radą Korwina – Mikkego, odpiął wreszcie te cholerne pasy bezpieczeństwa, które swego czasu narzuciła nam władza, i nie przejmował się absolutnie fotoradarami.

W końcu, podobnie jak większość naszych rodaków, zna dokładnie wszystkie miejsca, w których wracające ze szkoły dzieci przechodzą przez jezdnię, a znużeni fotoradarami kierowcy zmuszeni są do szczególnie fantazyjnego lewoskrętu.

mol

mol

 

 

Pawlaka szkoda

W pisanych na gorąco komentarzach po pieredyszce w PSL dominują kwestie następujące:
1) Piechociński przyklęknął
2) Pawlak się obraził
3) Czyżby przemiana pokoleniowa w partii chłopskiej
4) Kierzkowska nie podała ręki Piechocińskiemu.

Umykają natomiast kwestie może nie tak podstawowe, ale jednak ważne. Otóż wielką niewiadomą staje się pytanie o sukcesję w ministerstwie gospodarki. Waldemar Pawlak przeszedł w ostatnich latach metamorfozę, co w ministerstwie było widać wyraźnie. Owszem,  legendarne są historie o towarzystwie, które na Plac Trzech Krzyży sprowadził, owszem, mówi się, że kontrolował ściśle korespondencję i przepływ informacji, owszem, ma na sumieniu swoje grzechy, wśród których zamęt wokół listy derogacyjnej zajmuje miejsce szczególne. Kwestię budowy elektrowni atomowej pozostawiam – podobno szczególnym entuzjastą tej inwestycji były wicepremier nie był, ale posłusznie realizował politykę rządową.

Trzeba jednak oddać Waldemarowi Pawlakowi sprawiedliwość: w ostatnich latach co najmniej dwukrotnie próbował przestawić gospodarkę na inne niż węglowe tory.

Po pierwsze – ministerstwo przygotowało niezłą ustawę o efektywności energetycznej, niezbędną w kraju, w którym energie marnotrawi się na potęgę. Cóż z tego, skoro ministerstwo finansów ustawę rozrzedziło, z obawy, że zbyt radykalna termomodernizacja kraju zmniejszy zapotrzebowanie na energię, a co za tym idzie, wpływy do budżetu (z prądem np. jest trochę jak z wodą – wodociągom nie opłaca się, gdy indywidualni użytkownicy zaczynają oszczędzać).

Po drugie – trwa właśnie batalia o kluczowy dla przyszłości energetycznej kraju projekt ustawy o Odnawialnych Źródłach Energii. Projekt jest już w Sejmie, ma swoje wady, ale też, dzięki Ministerstwu Gospodarki właśnie, otwiera wreszcie możliwości działania dla małych producentów zielonej energii, osłabia rolę molochów energetycznych i likwiduje wsparcie dla pseudoekologicznego procesu współspalania wielkoskalowego.   Nic więc dziwnego, że projekt bardzo nie podoba się największym polskim graczom energetycznym, choćby szefowi PGE Krzysztofowi Kilianowi (dobry znajomy premiera). Brak w rządzie wpływowego urzędnika, który będzie forsował projekt w parlamencie, jest bardzo złym sygnałem.

Dlatego też bardzo źle się stało, że Waldemar Pawlak obraził się i postanowił z rządu wyjść. Prywatne ambicje okazały się ważniejsze niż chęć doprowadzenia do końca jednego z najważniejszych projektów społecznych ostatnich dwóch dekad. Projektu, którego stawką jest m.in. to, z jakiego źródła będzie do naszych gniazdek płynął prąd. 
mol

Po stronie ekoszantażystów

Obiecałem sobie, że nie będę już komentował rewelacji, jakie regularnie przynosi „Rzeczpospolita” na temat polskich ruchów ekologicznych. Są to generalnie dla autorów tego zacnego pisma instytucje podejrzane, w których roi się od agentów Rosji, zdrajców, a może i hermafrodyt. Miarą rzetelności gazety pozostanie dla mnie na długo felieton imć Ziemkiewicza, który na podstawie jednej chłodnej wiosny wywnioskował, że globalne ocieplenie to hucpa i woda na młyn lewackich odwetowców.

Ziemkiewicza w „RZ” już nie ma, ale jego duch unosi się nad wodami. Opublikowany właśnie blok tekstów poświęconych sądowemu zatargowi między organizacją ClientEarth a PGE, która planuje za 11 mld zł rozbudować elektrownię w Opolu, aż skrzy się od manipulacji.

http://www.rp.pl/artykul/10,938744-Ekolodzy-wylacza-prad.html

Choćby tytuł. „Ekolodzy wyłączą prąd”? Tak się składa, że polscy ekolodzy od lat ostrzegają przed groźbą wyłączeń mocy w latach 2015-2016, co znalazło swoje potwierdzenie w tegorocznym raporcie URE. Jeśli miałbym wskazywać winnych, wskazałbym na kolejne rządy, które odwlekały modernizację elektroenergetyki do momentu, w którym nie było to możliwe, na koncerny broniące się przed zniesieniem monopoli i wprowadzeniem prawdziwej konkurencji w tej branży, w końcu na dominujące u nas przekonanie, że węglem Polska stoi i stać będzie. Ubiegłoroczny raport NIK, wskazujący, że polski węgiel skończy się prawdopodobnie w 2035 r. nie wywołał zbytniego rezonansu, podobnie jak fakt, że już w tej chwili Polska importuje czarne złoto, na przykład z Rosji. Nikt nie mówi przy tym, że węgiel nie jest Polsce potrzebny. Jest, ale budowanie na nim długofalowej strategii może okazać się bardzo drogim błędem. Zarzut, że CE jest bandą terrorystów jest również dlatego nieprawdziwy, że organizacja ta, wspólnie z grupami zrzeszonymi w Koalicji Klimatycznej już od dawna proponuje program pozytywny, inny niż molochy elektroenergetyczne: poprawę efektywności energetycznej, ułatwienia dla producentów korzystających z Odnawialnych Źródeł Energii. Owszem, jest spór. Warto jednak znać jego tło: elektrownia w Opolu została wciągnięta przez rząd do Krajowego Planu Inwestycyjnego. Instalacje, jakie się w nim znalazły, mogły ubiegać się o darmowe uprawnienia do emisji. Mimo że CE od początku zwracało uwagę na naruszanie prawa towarzyszące układaniu listy, rząd nie reagował. W efekcie KE skreśliła z listy szereg kluczowych dla KPI inwestycji, w tym elektrownię w Opolu właśnie. To wielka i prestiżowa porażka Polski. Niezależnie bowiem od tego, czy ekolodzy będą protestować czy też nie, część nowych instalacji prawdopodobnie nie powstanie.

Na koniec zarzut najbardziej kuriozalny. Dziennikarze zauważają, że CE to nie „naiwni młodzieńcy przywiązujący się do drzew”, tylko, o zgrozo, „grono wyspecjalizowanych prawników”. Wnoszę z tego, że redaktorom marzą się dawne czasy, kiedy to na rozgonienie protestu wystarczyło kilku funkcjonariuszy i pałka prewencyjna. Tak, jest fatalnie, bo ekolodzy nałożyli garnitury i rozpoczęli walkę w sądach. Gdybym chciał się skompromitować, napisałbym, że śnią mi się po nocach mityczne czasy, kiedy dziennikarze nosili grube swetry, palili „Klubowe” i zbyt rzadko myli włosy. To byli prawdziwi dziennikarze. Tymczasem wszyscy dziennikarze „RZ” pozują do zdjęć w garniturach.

Co w oczywisty sposób pozwala podać w wątpliwość ich czyste intencje.
Mol